Dzwony

0
570

Tekst łączy zdarzenia dzielące 50 lat, tym razem nie jest malkontencki, a tylko dla wygody wyszukiwania umieściłem go w mojej zakładce zatytułowanej „Okiem malkontenta”.

Na początku lat 70. ubiegłego wieku, kolega z akademika zademonstrował mi w laboratorium elektrycznym naszego wydziału model swojej pracy dyplomowej. To był silnik liniowy. Wózek zasuwał po szynach umocowanych na ścianie tam i z powrotem. Kilka lat później nasz proboszcz ogłosił z ambony, że mamy nowoczesny napęd dzwonów bazujący właśnie na silniku liniowym. Dzięki znajomości z byłym kościelnym, wyszliśmy na wieżę i obejrzałem to „cudo” z racji zainteresowania tematem.

Dzisiaj bym się nie odważył, wcale nie z powodu wieku i ilości schodów do pokonania. Z tym problemem spokojnie bym sobie poradził. Mam przecież zamiar dokończyć w bieżącym roku ścieżkę Camino de Santiago, więc liczę na kondycję. Dwa lata temu epidemia zweryfikowała pomysł kontynuowania wędrówki. Może w tym roku się uda? Może nawet zdążę jeszcze zamieścić na FB kilka przedawnionych fotoreportaży z tamtej wyprawy?

Powodem odstąpienia od pomysłu wejścia na wieżę naszego kościoła są anteny telefonii komórkowej promieniujące na cztery strony świata. Operatorzy chętnie wykorzystują gotowe, wysoko położone punkty, jak wieże kościelne do swoich instalacji. One, a właściwie promieniowanie mikrofalowe z tak bliskiej odległości przy dłuższej „eggs-pozycji”, każdego chłopa może „potraktować z buta”. Ktoś może powiedzieć, po co ci one w tym wieku? Odpowiem. Każdy może mieć swojego misia-pluszaka z dzieciństwa, z którym lubi sypiać.

Wracając do napędu rogowskich dzwonów, lepiej na tamte czasy bym tego nie wymyślił. Sterowanie oparte na technologii tranzystorowo-przekaźnikowej pracuje do dzisiaj. Nawet firma Rducha o tym zapomniała, bo w zeszłym roku rozmawialiśmy na ten temat w ich jednostce produkcyjnej w Rydułtowach. Założyłem w ciemno, że to oni wykonali, bo nikt inny wtedy w Polsce takich napędów nie robił. Przedstawiciela firmy, z którym rozmawiałem wtedy jeszcze na świecie nie było.

Wizyta w firmie była zainspirowana pomysłem Frantiszka, który zaprzyjaźnionemu proboszczowi z parafii w rejonie Ogrodzieńca zaproponował takie rozwiązanie napędu dzwonów. Zlecenie kompleksowego zamówienia dla bogatszej parafii, to byłaby bułka z masłem. Jednak obniżenie kosztów o montaż systemu, co w zasadzie byłoby realne, mogłoby okazać się dość kłopotliwe w praktyce, gdyby zaszła konieczność wymiany zawieszenia dzwonów.

Nie wzorując się na napędach dzwonowych Rducha, ani na ciekawym systemie z drezdeńskiego kościoła (filmik), w dobie taniej i powszechnej chińskiej elektroniki, postanowiłem wypróbować swój pomysł. Rozkołysanie kowadła (symulacja ciężaru dzwonu) w celach testowych nawet na zawieszeniu prostym nie stanowiło problemu. Jeżeli się bawić, to już na „żywym organizmie”, pomyślałem. W tym celu pojechałem porozmawiać z proboszczem gorzyckiej parafii, bo bodajże od 20 lat obok budynku gminnego urzędu widuję dzwony pochodzące z wymiany w tamtejszym kościele. Nie był zainteresowany, co zrozumiałe, jednak do testowania pewnie by mi je wypożyczył. Zdemontowano je łącznie z zawieszeniami, które jako wykorbione nie wymagałyby takiej mocy rozruchowej, jak użyte przeze mnie kowadło.

Pomysłem podzieliłem się z Frantiszkiem. „Spróbuj testować ten system na podwórku, to już tam nie mieszkasz”, zauważył. Też byłem tego zdania. W leśnych ostępach Jury można by system spróbować uruchomić. Może tam by nas nie dopadli…

Jan Psota

Ps.:   Dodatkowym problemem, o którym wspomniałem powyżej, mogłaby być konieczność modyfikacji zawieszenia dzwonów w celu dostosowania ich do proponowanego napędu. Koszty wymaganych przeróbek oszacowane podczas wizji lokalnej już były niebagatelne. Pozostaję zatem przy kowadle.